Powroty są fajne...
piątek, 12 sierpnia 2011
piątek, 29 lipca 2011
Po cichu w kuchni pyka bób, dochodzi rosołek.
H. wyjada kluski z durszlaka.
Rozrobiłam ciasto na naleśniki, toż to dziś piątek.
Ten bezrybny akurat...
Popijam niespiesznie kawę, choć nie powinnam.
Organizm się buntuje i trochę dokucza, ale co tam!
Udaję,że nie czuję i wypieram jak mogę.
Powoli pakuję walizy, szykuję nas do wyjazdu.
Jeszcze dosuszają się jakieś bluzki i skarpetki.
Dawno niewidziane słońce przebija się przez
codzienne, szare chmury.. To pomaga.
Słucham Zychowicza i stanu uwilbienia jestem bliska.
"Ja nie chcę wiele: ciebie i zieleń, i żeby wiatr kołysał
gałęzie drzew, i żebym wiersze pisał.."
Czasem wydaje mi się,że znam Go całe swoje życie.Prawie..
Jeszcze spakuję książki , zaległe gazety. Taki plan minimum
na plażę
jeszcze tylko uporządkuję zostającą przestrzeń...
jeszcze zmobilizuję ducha i dopieszczę ciało masłem kakaowym...
jeszcze kilka godzin zaledwie...
H. wyjada kluski z durszlaka.
Rozrobiłam ciasto na naleśniki, toż to dziś piątek.
Ten bezrybny akurat...
Popijam niespiesznie kawę, choć nie powinnam.
Organizm się buntuje i trochę dokucza, ale co tam!
Udaję,że nie czuję i wypieram jak mogę.
Powoli pakuję walizy, szykuję nas do wyjazdu.
Jeszcze dosuszają się jakieś bluzki i skarpetki.
Dawno niewidziane słońce przebija się przez
codzienne, szare chmury.. To pomaga.
Słucham Zychowicza i stanu uwilbienia jestem bliska.
"Ja nie chcę wiele: ciebie i zieleń, i żeby wiatr kołysał
gałęzie drzew, i żebym wiersze pisał.."
Czasem wydaje mi się,że znam Go całe swoje życie.Prawie..
Jeszcze spakuję książki , zaległe gazety. Taki plan minimum
na plażę
jeszcze tylko uporządkuję zostającą przestrzeń...
jeszcze zmobilizuję ducha i dopieszczę ciało masłem kakaowym...
jeszcze kilka godzin zaledwie...
czwartek, 14 lipca 2011
środa, 13 lipca 2011
Ranek. Ciepło, cicho . Dzieciaki jeszcze śpią.
Wychodzę do ogrodu...boso.
Czuję zapach ziemi,traw i ziół.
Kolorowe warszawianki mieszają się z
nagietkami i łodygami kopru.
Lekko poruszają się w słońcu.
Tańczą.
Zamykam oczy i staram się zatrzymać
ten obraz pod powiekami,
jak najdłużej...
Zapowiada się piękny dzień.
Wychodzę do ogrodu...boso.
Czuję zapach ziemi,traw i ziół.
Kolorowe warszawianki mieszają się z
nagietkami i łodygami kopru.
Lekko poruszają się w słońcu.
Tańczą.
Zamykam oczy i staram się zatrzymać
ten obraz pod powiekami,
jak najdłużej...
Zapowiada się piękny dzień.
niedziela, 15 maja 2011
Zawsze stroniłam od sportu. Radość z takiegoż wysiłku fizycznego , jak i smak rywalizacji
czy współzawodnictwa, były mi kompletnie obce. Pamiętam koszmar lekcji w-fu w podstawówce. Dramat. Biegi, biegi, biegi,których mój biedny organizm nie wytrzymywał i po prostu nie znosił.Ocenę pozytywną miałam dzięki nienagannemu przygotowaniu do lekcji(zawsze w stroju odpowiednim, zwarta i gotowa).Czasami udał mi się skok w dal albo pchnięcie kulą, czy rzut piłeczką palantową. Po nocach zaś, śnił mi koszmarny skok w zwyż i skok przez kozła , co w moim przypadku oznaczało raczej skok na kozła i ani kroku dalej.Mam wrażenie, że nikt wówczas nie słyszał o czymś takim, jak areobic, chociażby. W szkole średniej "realizowałam się " podczas gier zespołowych, głównie koszykówki. Stałam pod koszem , łapałam piłkę robiłam dwutakt i siup do piłka do kosza.Żadnego ruchu więcej.. Cóż, tak wygladała moja aktywnośc ruchowa, dość marnie niestety.Owszem, w wolnym czasie dużo jezdziłam na rowerze, chodziłam po górach, no i wszędzie chodziłam pieszo(zupełnie odwrotnie do tego co jest teraz)Na studiach godziny zajęć wychowania fizycznego realizowałam chodząc na gimnastykę korekcyjną , no i tam po roku stałam sie gwiazdą. Głównie dlatego,że jako nieliczna chodziłam systematycznie i nie kombinowałam, zawsze w to samo miejsce i o tej samej porze. Pani Basia , która prowadziła zajęcia, była cudowna, z absolutnie fantastycznym poczuciem humoru. Za tą ja uwielbiałam, co jak co, ale moja przepona była nieźle wyćwiczona przez dużą dawkę śmiechu , której jej dostarczała.Szkoda było zaprzepaścić ten "zapał" do wysiłku fizycznego, więc zapisałam się też na lekcje tenisa ziemnego.Niestety, bez większego powodzenia. Jedynie co mogę stwierdzić to fakt,że najbardziej odpowiadała mi moda obowiązująca na korcie. Krótko mówiąc, ja i sport, to związek z góry skazany na niepowodzenie. Dlatego doprawdy nie wiem jak się to stało,że mój syn ma zupełnie inaczej w tej kwestii.Skąd się wzięły te sportowe geny ?
Tak sobie myślę od wczoraj, kiedy to byłam świadkiem jego kolejnego sukcesu na zawodach w teakwondo. Dziś znów wyścig rowerowy, nie ma dużego doswiadczenia ale zobaczymy. Ta jego chęć , to parcie aby spróbować różnych dyscyplin( pływanie, wszystkie rodzaje piłki, tenis), dla mnie zupełnie niezrozumiała.. I naprawdę ma do tego dryg. Ja też miałam ale raczej do tego, co by tu wykombinować, by sie nie naćwiczyć, nie nabiegać , nie nawysilać. Tak to się dziwnie układa w życiu... W każdym razie, wspieram i trzymam za niego kciuki. Synu, matka jest z ciebie dumna, jedź...
czy współzawodnictwa, były mi kompletnie obce. Pamiętam koszmar lekcji w-fu w podstawówce. Dramat. Biegi, biegi, biegi,których mój biedny organizm nie wytrzymywał i po prostu nie znosił.Ocenę pozytywną miałam dzięki nienagannemu przygotowaniu do lekcji(zawsze w stroju odpowiednim, zwarta i gotowa).Czasami udał mi się skok w dal albo pchnięcie kulą, czy rzut piłeczką palantową. Po nocach zaś, śnił mi koszmarny skok w zwyż i skok przez kozła , co w moim przypadku oznaczało raczej skok na kozła i ani kroku dalej.Mam wrażenie, że nikt wówczas nie słyszał o czymś takim, jak areobic, chociażby. W szkole średniej "realizowałam się " podczas gier zespołowych, głównie koszykówki. Stałam pod koszem , łapałam piłkę robiłam dwutakt i siup do piłka do kosza.Żadnego ruchu więcej.. Cóż, tak wygladała moja aktywnośc ruchowa, dość marnie niestety.Owszem, w wolnym czasie dużo jezdziłam na rowerze, chodziłam po górach, no i wszędzie chodziłam pieszo(zupełnie odwrotnie do tego co jest teraz)Na studiach godziny zajęć wychowania fizycznego realizowałam chodząc na gimnastykę korekcyjną , no i tam po roku stałam sie gwiazdą. Głównie dlatego,że jako nieliczna chodziłam systematycznie i nie kombinowałam, zawsze w to samo miejsce i o tej samej porze. Pani Basia , która prowadziła zajęcia, była cudowna, z absolutnie fantastycznym poczuciem humoru. Za tą ja uwielbiałam, co jak co, ale moja przepona była nieźle wyćwiczona przez dużą dawkę śmiechu , której jej dostarczała.Szkoda było zaprzepaścić ten "zapał" do wysiłku fizycznego, więc zapisałam się też na lekcje tenisa ziemnego.Niestety, bez większego powodzenia. Jedynie co mogę stwierdzić to fakt,że najbardziej odpowiadała mi moda obowiązująca na korcie. Krótko mówiąc, ja i sport, to związek z góry skazany na niepowodzenie. Dlatego doprawdy nie wiem jak się to stało,że mój syn ma zupełnie inaczej w tej kwestii.Skąd się wzięły te sportowe geny ?
Tak sobie myślę od wczoraj, kiedy to byłam świadkiem jego kolejnego sukcesu na zawodach w teakwondo. Dziś znów wyścig rowerowy, nie ma dużego doswiadczenia ale zobaczymy. Ta jego chęć , to parcie aby spróbować różnych dyscyplin( pływanie, wszystkie rodzaje piłki, tenis), dla mnie zupełnie niezrozumiała.. I naprawdę ma do tego dryg. Ja też miałam ale raczej do tego, co by tu wykombinować, by sie nie naćwiczyć, nie nabiegać , nie nawysilać. Tak to się dziwnie układa w życiu... W każdym razie, wspieram i trzymam za niego kciuki. Synu, matka jest z ciebie dumna, jedź...
piątek, 29 kwietnia 2011
Śmiało można powiedzieć,że się blogowo zapuściłam.
(zresztą nie tylko blogowo, ale o tym sza!)
Dni płyną jak szalone, obowiązki się mnożą a czas kurczy.
Jedynie dzieci i ich widzenie świata stawia mnie do pionu , zatrzymuje w biegu , zmusza do refleksji.Często powoduje uśmiech na twarzy i w sercu.I to dobrze , jak mówi
moje młodsze dziecko.A gada ostatnio dużo , oj dużo.
H.-Mamo, wyjdę za mąs!
Ja- O! Tak, a za kogo?
H.-Za Maćka G.
Ja- Dlaczego za niego właśnie?
H.-Bo on jest psystojniak! Poza tym jest moim księciem!
Ja- Ale za niego nie możesz wyjść za mąż bo to twój brat cioteczny.
H.- Mogę, mogę , weźmiemy ślub w kościele.I urodzę dwoje dzieci.
Ja- A może wyjdziesz za Jacka?( mówię chcąc zapobiec kazirodztwu)
H- Nie, nie za Jacka nie , za niego wyjdzie Madzia G.( koleżanka, również z przedszkola , jak pozostałe postaci wystepujące w dialogu, oprócz mnie , rzecz jasna.)
No cóż , jak się ma cztery lata z kawałkiem, wszystko jest możliwe..
H- mamo, zanieś te ksiąski do mojej komnaty, prosę.
Ja- (lekko zaskoczona) a co to jest komnata?
H- mamo , nie wies? to jest taki pokoik księznicki.
I tak właśnie toczy sie moje życie teraz , między przygotowaniami do ślubu
a urządzaniem komnaty ksieżniczki oraz czytaniem bajek , co widać.
Miłego weekendu:)
(zresztą nie tylko blogowo, ale o tym sza!)
Dni płyną jak szalone, obowiązki się mnożą a czas kurczy.
Jedynie dzieci i ich widzenie świata stawia mnie do pionu , zatrzymuje w biegu , zmusza do refleksji.Często powoduje uśmiech na twarzy i w sercu.I to dobrze , jak mówi
moje młodsze dziecko.A gada ostatnio dużo , oj dużo.
H.-Mamo, wyjdę za mąs!
Ja- O! Tak, a za kogo?
H.-Za Maćka G.
Ja- Dlaczego za niego właśnie?
H.-Bo on jest psystojniak! Poza tym jest moim księciem!
Ja- Ale za niego nie możesz wyjść za mąż bo to twój brat cioteczny.
H.- Mogę, mogę , weźmiemy ślub w kościele.I urodzę dwoje dzieci.
Ja- A może wyjdziesz za Jacka?( mówię chcąc zapobiec kazirodztwu)
H- Nie, nie za Jacka nie , za niego wyjdzie Madzia G.( koleżanka, również z przedszkola , jak pozostałe postaci wystepujące w dialogu, oprócz mnie , rzecz jasna.)
No cóż , jak się ma cztery lata z kawałkiem, wszystko jest możliwe..
H- mamo, zanieś te ksiąski do mojej komnaty, prosę.
Ja- (lekko zaskoczona) a co to jest komnata?
H- mamo , nie wies? to jest taki pokoik księznicki.
I tak właśnie toczy sie moje życie teraz , między przygotowaniami do ślubu
a urządzaniem komnaty ksieżniczki oraz czytaniem bajek , co widać.
Miłego weekendu:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
