piątek, 11 czerwca 2010

Uff, upał jak smoła tyle, że innego koloru.
W taki dzień, nie pozostaje nic innego, jak
rozłożyć w cieniu swe doskonałe ciało,
( he, he,wybaczcie ten żart, w koncu jest gorąc),
złapac dzban wody z mietą i wlepić wzrok
w coś ,co nie poruszy zbytnio mych zwojów mózgowych.
Mam , znalazłam , czytam.
Książka idealna na taki dzień jak dziś.
Ona- kobieta kontynentalna.
On-rzutki Amerykanin, skąd?
No jak to skąd, z miejsca gdzie
zawsze swieci słońce, a domy kosztują
miliony dolarów, czyli z Los Angeles.
Spotykają się w Londynie i...trach , bum, bach!
Dopadało ich! Czy miłość, czy chemia li tylko?
Oni maja przeświadczenie,ze to na cale życie.
Nie ma co czytac dalej, wiadomo,że się nie uda.
Taki banał do sześcianu.

Przeczytałam jednak do końca , nie lubię
zostawiać książek w połowie, jakie by one nie były.
I uświadomiłam sobie właśnie ,że znam taką parę.
Historia podobna, nadzwyczaj. I równie nieudana.
Taki duszny romans, tyle, że w realnym zyciu.
Ciekawe co by było gdyby...

No tak , czas sjesty dobiegł końca.
Trzeba zamknąc szufladkę ze wspomnieniami,
zebrać ciało z tarasu, wrzucić drugi bieg.
Upał nie upał, obowiązki wzywają.
Wszystko wraca na swoje miejsce.
Książka też.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

H. miała pójść po chorobie do przedszkola, K. miał dziś rano wyjechac na wycieczkę klasową na Mazury.
Rankiem zbudził nas zbolały głos naszego pierwowrodnego- mamo, tato , boli..
Potem już poszło błyskawicznie. Brzuch, głowa, chlust. Z niego rwało zdrowo a w mojej
głowie mysli obijały się jedna o drugą..Co robić? Wiadomo, teraz nie pojedzie, ale może
wieczorem B. zawiózłby go do tego Olsztyna?? Łudziłam się jeszcze, ale nie za długo.
Wszystkie plany wzięły w łeb.

Niby wiem - dziecko równa się brak jakiejkolwiek przewidywalności.
No własnie, niby..
I daję się tak zaskoczyć i złapać w pułapkę.
Ale czy mozna
żyć w ciągłym napięciu ,ze coś się stanie i miec w zanadrzu plan B czy nawet C?

No to tyle chciałam rzec o planowaniu w to słoneczne, poniedziałkowe popołudnie...

piątek, 4 czerwca 2010

Przyszedł czerwiec.
A z nim katar, kaszel i gorączka.
Jednym słowem -chorujemy.

A tak pięknie miało być...

piątek, 28 maja 2010

W związku z tym ,ze dopiero co był Dzień Matki
a juz za chwilę czeka nas Dzień Dziecka, przypomniałam sobie
pewien dialog.

Rozmowa dwóch chłopców, lat 11.
Pierwszy chłopiec - ty wiesz,że taka matka to może nie jeść z...
ze dwa tygodnie? Taka jest twarda...
Drugi chłopiec z podziwem i niedowierzaniem -no..

Myśłałam,ze pęknę ze śmiechu.
No cóż , dzieci w pewnym wieku jeszcze idealizują swoich rodziców.
Ale chwilę potem negują to, co z nimi związane.
Aż w końcu, same stają się rodzicami i poraz kolejny wszystko się zmienia ...

piątek, 21 maja 2010

Sa takie dni kiedy nie dzieje się nic , czas płynie leniwie, robisz co do ciebie należy ,jesteś w ciągu powtarzalnych aktywnosci, zdarzen , mysli.. I nie wiesz czy to wtorek czy czwartek bo każdy dzień podobny do kolejnego, więc codziennie masz wrażenie ,ze jest poniedziałek.
Aż tu nagle nadchodzi taki tydzień , w którym każdy dzień ma swoje imię i nazwisko, i nie sposób je pomylić.I potrafisz odróżnić, nazwać i nawet zapach określić.
I taki jest ten tydzień właśnie . Wiele by o tym pisać...ludzie , wspomnienia, emocje...

We wtorek balowałyśmy z Moją Drogą A. na czterdziestych urodzinach naszej koleżanki! Tak , tak na czterdziestych , taka stara a jeszcze żyje ..Impreza w stylu amerykańskim, czyli surprise!Trzeba było widzieć minę jubilatki, kiedy stado znajomych głośnym okrzykiem przywitało ją, gdy stanęła w drzwiach swojego mieszkania. Do tego radosne sto lat , kwiecie, tort i szampan. Chyba do dziś ma wątpliwosci czy aby zdarzyło się to naprawdę...Ja też.
Dla mnie był to naprawdę fajny czas z ludźmi, z którymi nie spotykam się często.
Kolejne takie chwile mam nadzieję złapać w weekend.
Wyruszamy jutro, bladym świtem, na szwendanie po Kaziemierzu. Bagaże przyszykowane , zakupy zrobione, jeszcze kilka drobiazgow, jakaś książka, laptop. Mam nadzieję,ze dam radę pomieścić te wszystkie emocje, no i że wielka woda nam nie przeszkodzi...
Co za tydzień...

sobota, 8 maja 2010

Ja widze, ty widzis..
To są takie moje obselwacje - mówi H. tnąc przekwitłe tulipany wyciągnięte z wazonu.
To będą takie kfiaty na głowę, do tańca , wieś?
Wiem, wiem ale zaraz sobie utniesz nos tymi nożyczkami- mówię.
Na co H. - Nie , nie mamusiu , ja tylko myśle...

A ja myślę,że jestem w niedoczasie.
Jutro K. ma imieniny i nawiedzi nas tabun młodych ludzi płci obojga.
Jestem w lesie a nawet dalej..
Co prawda zakupy częsciowo zrobione, ale ciasta mam na razie w formie papierowego przepisu .
No i małe przemeblowanie domu będzie konieczne. No i najlepiej jakby się znalazły gdzieś ze dwie ręce do pomocy i bystra głowa. Nie wiecie kto mógłby pożyczyć??? Obiecuję ,ze oddam w stanie dobrym.

sobota, 1 maja 2010

Pierwsza majowa sobota. Pobudka z samego rana. H. krzykiem dośnym jak syrena alarmowa postawila dom na nogi. Wiadomo małe dziecko równa się mało snu. W tym przypadku to znaczy mało czasu na wszystko inne , a także niekończące się wielopłaszczyznowe kłopoty natury emocjonalno-motywacyjno-edukacyjno-zyciowej. Ale nie tracmy wiary.
Pakuję torbę i ruszamy na łono..Oczywiście będzie padać, ale w ogóle mnie to nie rusza.
Posiedzę sobie na tarasie, poodycham rezerwatem, poprzytulam się do drzew, może się uda nawet jakis spacer ? Taki mam plan na dziś.
Póki co zaparzę kawę, doczytam interpretację rysunków małego dziecka Chermet-Carroy, potem zacznę wprowadzac w zycie kolejne wskazówki Faber&Mazlish. A pole do popisu mam ooooogromne.
Czekam jeszcze na Moją Drogą A. i" Leśne głupki", to będzie nasza nowa lektura. No tak , wszystko się kręci wokół jednego..